Pokazywanie postów oznaczonych etykietą anime. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą anime. Pokaż wszystkie posty

7


Gdy największa tragedia dokonuje się przez chęć czynienia jak najlepiej, jeszcze skuteczniej napełnia jej widok smutkiem, rozpaczą wręcz. Niemiłosierna przekorność, skłonna wybić się także w tym serialu jako najdogłębniej przejmujący motyw.

Czyż nie odwiecznie człowieczy to problem jednak - że każdy, lub prawie każdy z nas jakąś intuicję dobra posiada i, we wszystkich swych postępowaniach, jednak właśnie do jakiegoś dobra stara się dążyć. Czy zaś prawdziwie wartość swego celu ocenia i czy dobrą ścieżkę i środki dobiera, tam pole do wszelkich porażek i niedostatków pomysłowości. Pierwotnie jednak powołanie to, ku Światłu, pozostaje przecież - czasem tylko coraz głębiej zagrzebane pod gęstwiną złych kroków i źle dobranych słów, czasem niewidoczne prawie już...

sincereco ne sxirmas de dolor'
bedawrinde

Nowonarodzony, rydwan mój powrócił :D. Niczym feniks z popiołów - piękniejszy niż kiedykolwiek, mój towarzysz najwierniejszy (no dobra, po plecaku) oficjalnie wrócił do kondycji i w praktyce powrócił dziś do mnie :).

To również dobra okazja, by doobejrzeć pozostałe pięć z sześciu odcinków Golden Boja - z którego to anime klip powyżej. To jednak po przynajmniej drobnym odpoczynku konkretniejszym, konkretnie bowiem dniem zmordowany jestem.

* * *

I w wieczorze wczesnonocnym dnia następnego już, świeżo po przejściu przez pozostałe pięć odcinków (seria to bowiem nietypowo krótka, szóstka)... i zdecydowanie świetne to dzieło. Prócz ciągłych niemal podtekstów okołoerotycznych, zdecydowanie wybija się bezwzględną pozytywnością przesłania. No i przebijająca rowerowość nabija z miejsca dodatkowe plusy, hehe ;). To jednak idzie w parze, te dwie rzeczy - generalnie tak, z doświadczenia też mówiąc.

Było nie było, rydwan mój pozostaje niezmiennie jedną ze zdecydowanie wyżej notujących się radości mego istnienia tutejszego :).

jen kreskas en nokto muziko de cxielo
spirite awdebla nur, ne alie
samtepme mortema kaj strange eterna

seren' kaj mallawta sono de revoj

"Haibane Renmei" (w polskim tłumaczeniu często "Stowarzyszenie Szaropiórych") - film (anime, krótka seria 13-odcinkowa), który bardzo sobie cenię: za przekaz, niezwykłą malowniczość, prostą i spontaniczną pozytywność... To jedno z tych dzieł (obok Triguna choćby), do których obrazów często zdarza mi się wracać pamięcią - i które to powroty same w sobie są dla mnie bardzo wartościowym wewnętrznym doładowaniem.

Jednocześnie praktycznie najspokojniejsze anime, jakie kiedykolwiek widziałem - co nie znaczy, że nic się tam nie dzieje; akcja jest jednak, generalnie, inna. Nie dla wszystkich pewnie - sam wszak pamiętam, jak za pierwszym podejściem zrezygnowałem na początku, wobec potencjalnie ciekawszych rzeczy do obejrzenia (mianowicie Triguna akurat, heheh). Chyba ze trzy, jeśli nie cztery lata minęły, zanim - idąc za jakimś wewnętrznym impulsem, jak to często w takich kwestiach bywa - wróciłem i obejrzałem całość od początku...

Jeśli szukasz czegoś pogodnego, filozoficznego, i naprawdę przytulnie i pieczołowicie wymalowanego (grafika jest tutaj bowiem naprawdę mocną stroną), to ta miniseria może być właśnie dla Ciebie.
No więc zdarzyło mi się dzisiaj być na reklamowanym ostatnio tu-i-ówdzie Dragonbolu fabularnym. Streszczając wrażenia w jednym zdaniu - film to z paroma dobrymi przesłaniami (jedność osobowa, harmonia; to, że normalność jest przereklamowana (jak i parę innych rzeczy razem z nią)... i znalazłoby się pewnie coś jeszcze); zabawny sam w sobie, tym bardziej patrząc pod kątem wierności oryginałowi. heheh. Równie dobrze możnaby film ten uznać za przykład niewierności, i to skondensowanej. Historia jest jakby przeglądowym zlepkiem różnych motywów zwykłej zetki, opisując w... wysoce alternatywny (jak i nieco pospieszny) sposób całą tak zwaną imprezę z pierwszym wejściem na scenę jegomościa imieniem Piccolo związaną. I, jeśli by ktoś na to miał nadzieję...

Nie ma Vegety.

Mestre Kame też - swoją drogą - jest, ale jakby nie do końca... Taki do siebie niepodobny i przez parę detali ledwie rozpoznawalny. Mistrzem Roshi go nazwali tutaj, czy mnie pamięć nie myli..?

W pseudownikliwą analizę bohaterów jednak tutaj zanurzać się raczej zamiaru nie mam. Zbytniego, znaczy się. Miło się oglądało, generalnie, w towarzystwie pozytywnym jednak też. Kolorystyka filmu ładna, estetycznie zrobiony porządnie - jak dla mnie, przynajmniej (pomijając może facjatę Piccolo... arrrgh... bolało).

Przy tym wszystkim zaznaczam, że jestem w mej ocenie/odbiorze bardzo delikatny i tolerancyjny. Łatwo przychodzi mi wyobrazić sobie samorzutnie namnażające się recenzje mniej-i-bardziej skrajnie negatywne. Punktów zaczepienia potencjalnych cała masa. Jest jednak w tym filmie coś w prosty sposób pozytywnego (w tym wspomniane przesłania-względnie-głębsze) i - jeśli nie idzie się nań z jakimiś konkretniejszymi oczekiwaniami i ma nieco zdrowej tolerancji w sobie - można całkiem miłą garść tejże pozytywności z niego zaczerpnąć.
By dogłębnie być sobą i cieszyć się właśnie tym, kim się jest. By nie bać się być szalonym i innym. Na przykład.

Właśnie, zapomniałbym - oto małe coś w ramach anglojęzycznej ciekawostki deserowej, dzisiaj również przeze mnie obejrzane. Niestety los chybać ten sam, co Fajerflaja, tę produkcję spotkał... tylko w tym wypadku po pierwszym odcinku. Sam w sobie świetny jednak i kompletny względnie.

Just believe in yourself - and everything will be at hand.
Simple kredu en vin - kaj cxio estos je etendo de mano.
Uwierz w siebie - a wszystko będzie na wyciągnięcie ręki.
2008.12.29, 1732
_
Znaczne nawet wysiłki po temu, by dobrym być i przy Świetle stać na niewiele mogą się zdać, jeśli we wnętrzu prawdziwego pokoju brak będzie. (Żaden dogmat to; co najwyżej postulatywny owoc dotychczasowego doświadczenia i przepływających wraz z nim przemyśleń.)

W ramach zaś cichego i lekko mroźnego popołudnia - lub wieczoru już, nawet - skromny eksperyment jeden jeszcze (kolejny, po dodanej wczoraj w nocy... lub raczej dzisiaj w nocy - księdze gości, do której to dostęp po lewej, pod linkownią kategoryczną (od kategorii, nie stanowczości)). Także, bezpośrednio, w odniesieniu do wspomnianego wcześniej anime...
2008.12.29, 0222 _ Bastard. Dobry film (w sensie formy: sześciodcinkowa miniseria). Z poczuciem humoru, klimatem, a i przesłaniem wartościowym - to ostatnie może nawet przede wszystkim. (Jeśli by o gatunek chodziło, to do heroicznej fantastyki by się toto zaliczyło zapewne. Streszczać tutaj nie zamierzam; ot - jeśli ktoś przynajmniej trochę w anime gustuje, to pozycja to całkiem przyzwoita. W sumie również dla potencjalnych neofitów, heheh. Chybać klasyczna też nieco... po kresce niejako możnaby taki wniosek wysnuć. Streszczać tutaj nie zamierzam w każdym razie; mijałoby się to chybać z celem. Moim, znaczy się.)

W międzyczasie, świątecznościowo, przyszło mi też po lanie Drugi Czerwony Alarm i Tyberiańskie Słońce testować. Tytuły w sumie dobre... tylko po dluższym siedzeniu w Starkrafcie ma człowiek pewne wymagania odnośnie mechaniki drobne...

Najpierw porównanie - naturalnie, wielce subiektywne. W TS lepszy klimat i pewien... realizm jakby - dla mnie przynajmniej. CzAD za to bardziej przejrzysty: budynki i jednostki pogrupowane zgrabnie w cztery kategorie; nie trzeba tego draństwa cały czas przewijać... w czym pomaga też rozdzielczość maksymalna 1024x768. W TS tylko dwie kolumny rolkowe po prawej, i przewijania ich ciągłego nijak uniknąć się nie da - ekran wyciąga najwyżej 800x600, niestety (przy czym naturalnie mieć na uwadze należy, że TS zrodził się jako pierwszy).

Skrótowo, pierwsza rzecz lekko mnie zniechęcająca (do obywdu tytułów, w sumie) to inteligencja jednostek. Same budynków niezagrażających bezpośrednio ich życiu nie zaatakują. Możnaby ten fakt tłumaczyć tym, że specjalnie zostawiają one owe budynki do przejęcia dla inżynierów - niechże jednak byłoby toto przynajmniej przestawialne jakoś (jak choćby w Totalnej Anihilacji, w postaci prostej komendy shootall wpisanej w konsoli). A tu nie. Wysypie się desant podziemny u wroga, ogromny - i każdej grupce piechoty osobne rozkazy demolowania wrażej bazy wydawać trzeba.

W Czerwonym Alarmie, w skrócie, nie lepiej. Rozwalająco dobijające są w tym Kirovy - ciężko opancerzone i powolne jak żółw sterowce bombardujące. Nie będziesz wydawać czemuś takiemu rozkazów na bieżąco i kontrolować tego non-stop podczas ataku na bazę wroga, to będzie toto stać jak ciołek w jednym miejscu, nie robiąc konkretnie nic (prócz, być może, podziwiania pejzażu poniżej i drobniusieńkiego zwracania na siebie uwagi wrażej obrony przeciwlotniczej). I jeśli już o tę jednostkę chodzi, to spieprzenie jej ciągnie się dalej jeszcze: po wydaniu rozkazu ataku na daną jednostkę/budynek musi się toto najpierw okręcić w miejscu o - plus minus - 360 stopni i dopiero potem, łaskawie, raczy w kierunku wyznaczonego celu niemiłosiernie pośpiesznie podążyć. Gdyby odjęto tej jednostce trochę pancerza i nawet siły ognia, ale dodano za to odrobinę przynajmniej szybkości, mogłoby coś z tego być. Tak zaś, przy grze z ludzkim przeciwnikiem, sterowiec ten okazuje się często inwestycją nie wartą zachodu i bardzo trudno się zwracającą. Chyba, że oponent ma braki w zwiadzie i uda się go zaskoczyć, itp....

Inny minus Czerwonego Alarmu to nierówność stron. Alianci są, generalnie, lepsi. W miejsce latającego złomu wartego trzy tysiące (patrz: Kirov) mają latającą piechotę za sześć stów sztuka i myśliwce (choć z powodów niewiadomych nienadające się do walki powietrznej, to w zwalczaniu ziemi nieocenione - zresztą z czym walczyć by miały, gdy u ruskich co najwyżej jakieś latające ślimaki). Nieobecność chociażby jakichkolwiek migów u ruskich... pozostawię bez komentarza. A, zapomniałbym - alianci, jeśli o powietrze chodzi, mają w końcu jeszcze helikopter desantowy (za tysiąc, posiadający też na pokładzie słaby karabinek - od biedy możnaby jednak rojem takich maszyn nieco zamieszania zasiać ogniowego). Jeśli więc przeciwnik dobrej p-lot obrony nie ma, to nic prostszego i bardziej wkurzającego od radosnego desantu inżynierów w centrum jegoż bazy (w razie czego wspartych Tanią (która to wcale aż tak tania nie jest - tysiączek jeden, acz zwracający się), gdyby jakieś szariki się walały tam, pomiędzy ogrodzeniami.
Nad przewagą aliancką rozwodzić możnaby się i dłużej (przy czym morze pominę, nie zdarzyło mi się bowiem, jak dotąd, sensownej potyczki okrętowej stoczyć). Jasne, że apokalipsy są ciężko opancerzone, sprawne i umiarkowanie wszechstronne (na wyposażeniu rakiety p-lot posiadając), zasięg ich jednak nieduży... i, przy konfrontacji z chronolegionistami w większej liczbie, ukazją swą kruchość. Zresztą, przy konfrontacji z alianckimi chronosami w większej liczbie praktycznie wszystko swą kruchość i efemeryczność ukazuje - dość, by aliant dobrze ich kontrolował. Zasięg ich wprawdzie niewielki, ruchliwość jednak b.duża i fakt, że wymazywana jednostka nic robić nie może, cokolwiek pomocny.
Naturalnie, ruskie mają Jurijów, co to potrafią obce jednostki (jeden Jurij jedną tylko, na dany czas) przejmować. Ich zasięg jednak również śmieszny jest - i przy konfrontacji z alianckim czołgiem pryzmatycznym (z założenia przeciwpiechotnym i budynkowym oraz relatywnie dalekiego zasięgu) regimenty takich oto wesołych i nienajtańszych dziadków znikają zabawnie wręcz szybko. Jeśli przeciwnik zorientuje się szybko, o co chodzi, to skuteczne ich wykorzystanie niemałego kunsztu (względnie - obstawy) wymaga.

Pomijając już fenomen alianckich miraży - czołgów (nie nadających się, co prawda, do niszczenia budynków) całkiem skutecznie udających na polu walki najzwyklejsze drzewa (których to zazwyczaj pod dostatkiem na planszy). Będąc nieuważnym na większej mapie można w całkiem zabawne zdziwienie popaść, nie mogąc doszukać się wysłanych w jakieś odleglejsze miejsca jednostek.

Inna rzecz... Ruskie nie mają Tańji - czyli kosztującego tysiąc, detonującego budynki i rozstrzeliwującego dziesiątkami wrażą piechotę piechura. Alianci zaś mogą ich mieć do woli (co nieco dziwne, w singlu przecież bowiem Tania jedna tylko, naturalnie, i unikatowa była). W skromnym może geście pocieszenia, o wyprodukowaniu tejże jednostki informuje wszystkich pozostałych graczy osobliwy damski śmiech w głośnikach - do cichych kobiet bowiem Tania nasza, jakby nie patrzeć, raczej nie należy. Swoiste ostrzeżenie, możnaby rzec.

Patrząc na zegar, będzie to chyba na dziś już wszystko. Temat otwarty nadal i kontynuacji zapewne się doczeka jakiejś, krótkiej choćby, jeszcze.