Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rower. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rower. Pokaż wszystkie posty

Nowonarodzony, rydwan mój powrócił :D. Niczym feniks z popiołów - piękniejszy niż kiedykolwiek, mój towarzysz najwierniejszy (no dobra, po plecaku) oficjalnie wrócił do kondycji i w praktyce powrócił dziś do mnie :).

To również dobra okazja, by doobejrzeć pozostałe pięć z sześciu odcinków Golden Boja - z którego to anime klip powyżej. To jednak po przynajmniej drobnym odpoczynku konkretniejszym, konkretnie bowiem dniem zmordowany jestem.

* * *

I w wieczorze wczesnonocnym dnia następnego już, świeżo po przejściu przez pozostałe pięć odcinków (seria to bowiem nietypowo krótka, szóstka)... i zdecydowanie świetne to dzieło. Prócz ciągłych niemal podtekstów okołoerotycznych, zdecydowanie wybija się bezwzględną pozytywnością przesłania. No i przebijająca rowerowość nabija z miejsca dodatkowe plusy, hehe ;). To jednak idzie w parze, te dwie rzeczy - generalnie tak, z doświadczenia też mówiąc.

Było nie było, rydwan mój pozostaje niezmiennie jedną ze zdecydowanie wyżej notujących się radości mego istnienia tutejszego :).

Mniej więcej cztery lata i dwa miesiące temu się poznaliśmy - i choć było przed nim parę innych, to tak naprawdę on był pierwszy; nieporównywalny z poprzednikami. Z niemałą ilością własnych doświadczeń na karku miał mnie krok po kroku nauczyć wyczucia, dbałości i ostrożności - i aż do ostatnich chwil cierpliwie udzielał mi coraz to nowych lekcji, bezkompromisowo i nieustępliwie.

I... wdzięczny jestem. Za to wszystko - za każdy kilometr; za każdą chwilę słońca, chmur, czy deszczu, spędzoną razem. A sporo tego było, sporo całkiem...

. . .
W rowerze świeżo wymieniona manetka (ta od przednich tarcz, i co mi się dziwnie spontanicznie rozpękła radośnie jakieś dwa tygodnie temu... czy dalej) i znów płynie cudeńko owo po drodze jak marzenie. Przy tak słonecznej, jak przedwczoraj, pogodzie... koła same niosą, heheh.

Przy tak słonecznej pogodzie przypomina się Trigun.
I napisy doń, których dokończenie poszło w odstawkę na dłuższą chwilę. Jak jednak rzekłem komuś, że w wakacje winny się we względnej całości pojawić, tak miło by było słowa dotrzymać. Przyjemność przy tym niemalże sama to, przy filmie tak barwnym i cennym.

Aktualnie zaś? Nawiązaniem do poprzedniego wpisu prakycznie - ponowne wciągnięcie w wir kampanii Inkubacyjnej. Nic dodoć, nic ujońć.
Radujmy się towarzysze, odnalazłem bowiem zgubę swą wieczoru tego niezwykłego - album-legendę wyspiarskiego zespołu Under The Gun, konkretniej zaś ich demo z '93 roku. Skromna rekompensata za zgubioną kasetę, heheh... I, oczywiście, zdecydowana rekomendacja, do ściągnięcia tutaj (jakość niemarzeniowa, zgrywane z kasety bowiem - porządnie jednak raczej i mniej więcej taką barwę dźwięku w pamięci chybać mam, wiele lepiej nie było. Kaseta sama w sobie chybać nienajwyżejbudżetowo nagrywana była zresztą. Lub może rolę gra tu fakt, że większość (jeśli nie wszyscy? :P) nabywali toto właśnie na kasetach magnetofonowych we wspomnianym roku '93 - więc kaseta swoje zaliczyć zapewne zawsze zdążyła przed nadarzeniem się okazji scyfrowienia jej zawartości...).

Zaś odnośnie rydwanu, to przy wizycie u (najwyraźniej nieco lepszego tym razem - oby jak najbardziej) mechanika wyszło, że oponę tylnią miałem niezbyt-wysoko-budżetową i raczej relatywnie łatwo przebijalną. I że
opony zdecydowanie bardziej wytrzymałe. I naturalnie, jak dobrze pójdzie, już za czas niedługi będę się takim świeżym bieżnikiem tylnim (wraz z kompletem szprych z przynajmniej o szczebelek wyższej półki też, nareszcie) cieszyć - zostaje mieć nadzieje, że sprawdzi się jak najlepiej (zwłaszcza mając na uwadze moją intensywność używania tego prześwietnego środka lokomocji).