Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gry komp.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gry komp.. Pokaż wszystkie posty
Coś na pocieszenie, heheh - w samą porę, możnaby rzec.


Jest również w wersji polskiej, gdyby były wątpliwości.
A ja? Aktualnie opuściłem nawet mego ukochanego TF-a. Tak, nie rozegrałem ani rundy od jakiegoś... połtora tygodnia. I nie, głównym powodem tego nie jest LoL (w którym półregularnie zaliczałem ostatnimi dniami średnio jedną / dwie rozgrywki dziennie - głównie z bliższymi / lokalnymi znajomymi).

Głównym i relatywnie jedynym powodem tego jest łut szczęścia, jakiego doświadczyłem zostając zaakceptowanym do grona... hmm... oficjalnych testerów "Świata Czołgów" - gry aktualnie pozostającej w zamkniętej fazie beta, zza naszej wschodniej granicy, i generalnie... relatywnie świetnej.

Krótko i zwięźle: siadasz za sterami swego własnego czołgu. W miarę kolejnych bitew stać cię na ulepszenia do niego i/lub kupno jakiegoś nowego modelu; twoja załoga również zyskuje stopniowo doświadczenie, przyczyniając się do coraz lepszej efektywności ich maszyny. Akcent położony jest na kompromis pomiędzy możliwie daleko posuniętym realizmem / wiernością historyczną, a praktyczną grywalnością i możliwie daleko posuniętą prostotą kontroli.
I tak właśnie jest. Samo poruszanie się i strzelanie jest doprawdy bardzo proste i przejrzyste- do sukcesu zaś niezbędne poznanie możliwości swego czołgu, zgranie z drużyną, i... generalnie możliwie dużo kombinacyjno-taktycznego myślenia.
Hehe. No i stało się - od paru dni mamy już oficjalnie Starkrafta dwójkę. Dostępnego, przynajmniej - nie wszyscy bowiem muszą być aż tak entuzjastyczni wobec blizzardowej ceny stu pięćdziesięciu złociszy polskich nowych. Pomijając oczywiście inne sposoby wejścia w posiadanie tegoż tytułu - któż z nas, czystosumiennych obywateli chciałby przecież splamić się jakimś kraczydłem itp., wchodząc poniekąd w oficjalny konflikt z prawem, itp., itd., etc. (...).

Prócz oczekiwalnej ceny - jest na szczęście lepiej, niżby się wcześniej zapowiadało (choć wiedza to raczej z obserwacji + opinii, nie osobistego doświadczenia). Reakcje publiki zostały najwyraźniej w jakimś stopniu dostrzeżone i - generalnie - estetyka gry, dzięki skromnemu zapleczu finansowemu, została ponoć relatywnie ostatniominutowo dość wydajnie przeredagowana.

Czołg oblężniczy już nie jest "Crucio" - poprzedni wpis zatem niejako się... zdewaluował.

Z pobieżnych obserwacji - mimika twarzy w scenach pomiędzy misjami zaskoczyła mnie szczerze negatywnie. Po Blizzardzie oczekiwalibyśmy raczej intuicyjnie niejako czołowej jakości "filmików" i wszelkich paraklimatycznych wstawek graficznych... zaś właśnie w kwestii animacji twarzy i ekspresji emocji nasz wunderteam jakby niczego się od mego relatywnie ukochanego Zaworka* nie nauczył. Z całym szacunkiem, daleko jest nowym starkraftowym twarzom do poziomu Half-Lajfa dwójki itp.. W porównaniu do swego czasu, prosto zapętlone gadające głowy z Jedynki prezentują się porównawczo - śmiem rzec - znacznie lepiej.

W obliczu RTS-owości tego tytułu wspomniany zarzut można jednak uznać za przynajmniej trochę marginalny i niekluczowy. Mechanizmy grywalności, automatyka i poziom SzI**, etc. - to wszystko już na pierwszy rzut oka uległo w końcu oczekiwanej poprawie (escefałki chociażby potrafią już reperować automatycznie a'la-medycznie wszystko, co jest akurat wokół nich uszkodzone - potrzebę na wskroś manualnej kontroli tychże majstrów wspominam z Jedynki akurat wielce niemiło...).

Na moje bliższe / bezpośrednie zapoznanie się z tym tytułem zanosi się póki co średniawo - pewnie znowu, starym zwyczajem, dołączę do towarzystwa ze stosownym opóźnieniem; bez jakiegoś jednak bólu wewnętrznego czy czegokolwiek tego rzędu. Z obserwacji jednak - tytuł ciekawy i warty zapoznania się z. Tak w skrócie.

_______
* - Valve
** - Sztucznej Inteligencji
A jednak, moje przeczucia i intuicje czasem częściej słuszne bywają, niż bym podejrzewał. I tak - o niektórych grach, jak choćby o Star Controlu II, wolę raczej czytać, niż samemu je przechodzić. I akurat dla tego tytułu jest świetna seria tekstów, opisujących fabułę krok po kroku - jeśli ktoś oswojony z angielskim i chętny poświęcić temu trochę czasu, to wychodzi z tego całościowo całkiem ciekawe opowiadanie SF. Sporo humoru, sporo ciekawych alegorii... Dość soczyście.

I...

...wiosna, da! Rowerowej aktywności słoneczny całkiem początek, krótko mówiąc. Brakowało mi tego te ostatnie parę miesięcy, oj brakowało. No, mądrym zwyczajem jednak nie na brakach należy się skupiać kontemplatywnie (w ogóle bowiem, niekontemplatywnie, może być przydatnie niektóre braki dostrzec i odpowiednie remedia ewentualnie wynaleźć - ah, jakżeż oczywiste, ale wprost powstrzymać się przed tą rozpiską nie mogłem).

Plus, możnaby pewne zaległości w anime wreszcie ponadrabiać, choćby nieco. Mhm...

Odnośnie wpisu o Mrocznej Kolonii zaś, widoczne ponownie zjawisko znane już - że im bardziej coś zapowiem, tym jakoś mi się to magnetycznie w czasie bardziej odsuwa w dal. Tak, przedziwna właściwość, zaiste, zaaaaaiste...

Na koniec, bonusowo? 1) w ramach dedykacji medycznej TF2, 2) może klimatycznie też odrobinę w odniesieniu do wydarzeń końcotygodniowych...
...I bo dobry utwór to jest.

Hm.

Jestem chory (relatywnie pełnoskalowa infekcja gardła, pałętająca się przy okazji okołozatokowo itp. - nic specjalnie ciekawego, za to dość wkurzającego). Spałem jakieś cztery godziny z kawałkiem, do trzeciej trzydzieści buszując niepokornie po coraz to dalszych i bardziej baśniowych rubieżach internetu (o owocach czego może nieco później). I, choć czuję się nieco rozklejony, to ani nie chce mi się leżeć, ani - tym bardziej - spać. Na pisanie mnie wzięło, jakby chyba na przekór wszystkiemu.

Od czego by tu zacząć... hmm...

Technicznie nadrabiając tutejszą mą informatywność, tudzież właśnie zaległości jej bezpośrednio dotyczące - złożyłem oficjalnie jakiś czas temu Trójkę. Żadna wielka to maszyna (choć obudowa akurat spora :P), datująca się ładne parę lat wstecz: P IV 3,20, standardowy giga ramu, z braku laku Ati Radeon 9200 64MB w ramach grafiki.
Zabawne jest to, że wreszcie na tym kompie Carmageddon jedynka chodzi płynnie na -hires. Tak, gra z 1997 roku na poprzednich maszynach datowanych około '99/2000 (rzędu pIII 1000 MHz, 384 ramu) zdecydowanie nie chodziła z idealną ilością klatek na sekundę (zwykły Carma 1 chodził zupełnie akceptowalnie i relatywnie ładnie; dodatek Splat-Pack już miejscami przymulał). Oprócz wysokiej oryginalności silnika tejże gry, było to chybać zawinione tym, że była ona przygotowana do zaawansowanej współpracy tylko z kartami rzędu 3dFX (który to standard, skutkiem różnych perturbacji, został z rynku efektywnie wyparty jakoś około '99/2000 roku).

...Jednym z owoców późnego wczorajszego (choć formalnie/kalendarzowo dzisiejszego już) zasiedzenia w sieci było zaś odnalezienie w końcu pełnej wersji czegoś, w czego demo dawno temu przydarzyło mi się dość zacięcie z jednym znajomym (podówczas imć Kenem) grać. W skrócie - bardzo prosta, pseudo-3d strzelanka pojedynkowa, w pewnym sensie podobna do Liero (w sensie grania w dwie osoby na jednym komputerze - brak tu jest, tak samo jak i tam, obsługi sieci).
W dalszym skrócie - gra działa na ikspeku bez zastrzeżeń i nadal jest całkiem sensowną propozycją na wypadek wizyty znajomego jakowegoś i chęci zmierzenia się w czymś w realiach jednomonitorowych. Link do strony autora owej gry tutaj, ona sama zaś dostępna jest tu.

Kolejna ciekawostka, i zarazem owoc wczorajszego szpukowania?
Star Control. Pewnie mało komu znany tytuł, wokół którego już od jakiegoś czasu orbitowało luźno me nieśmiałe zainteresowanie... i do ściągnięcia którego ostatecznie zmotywowała mnie wyrywkowa lektura tego, cokolwiek pieczołowicie napisanego opisu gry el komeco gxis fino. To coś, jak z Mechłoriorem niegdyś - sugestia tłukąca się od czasu do czasu po mym umyśle, napotykająca jednak pewną nieśmiałość jakby.

Zabawne, że drobniusieńkie - wspomniane wcześniej - Tumble Bugs i powyższy SC mają ze sobą pewną istotną wspólność: możliwość pojedynku z drugą osobą na jednym komputerze (przy czym SC3 ma porównawczo dużo lepszą już grafikę, większy realizm, obsługę sieci... za to, jednak, mniej pewnej jajcarskiej prostoty, którą na wskroś przesiąknięte jest TB :P).

Następny wpis o Mrocznej Kolonii - winien go jestem już od jakiegoś czasu w końcu.
Mały Niemały powrót do AVP2 i jego głównej modyfikacji, zwanej AJL modem (którego zdecydowanie polecam i na dalsze akualizacje którego żywię, wraz z w miarę liczną grupą innych człowieków, skromne nadzieje).
Nie miejsce i moment na kompleksowy opis zmian leżących u fundamentu tejże modyfikacji (choć w sumie mógłbym tu coś takiego zredagować w umiarkowanie bliższym czasie...); dość rzec, że jest... względnie realistyczniej i generalnie - moim, wysoce subiektywnym zdaniem - o wiele lepiej. I da się w toto grać po sieci - w czym głównopomocną rolę odgrywa Iksfajer.

...I prosta radość ze świeżo na nowo odkrytej wolności w swobodnym bieganiu i skakaniu po ścianach, sufitach i jakichkolwiek powierzchniach, jakie się nawiną. Do tego stopnia, że potencjalne pomysły na nowy AVP2-owy poziom intuicyjnie skupiają mi się wokół kryterium, by stworzyć pole do możliwie najfinezyjniejszego wyszalenia się obcym.
Technicznie zaś - w najbliższym czasie zapowiada się nieco zachodu z lokalną rotacją dysków twardych, i wynikających z tego reinstalacji systemowych. Coś jak przedwiosenne porządki.

...plus link do czegoś świeżoobejrzanego.
Mała zmiana zdania: Tyberiańskie Słońce jednak nie zasługiwało na pełnoprawną reaktywację w takim stopniu, w jakim miałem nadzieję, że zasługiwać będzie, patrząc z tamtego miejsca w czasie i z tamtej sytuacji, i doprawdy przedziwne konstrukty zdaniowe wyjść człowiekowi potrafią, gdy na przekór wszystkiemu nie zdecyduje się na przeredagowanie patologicznie rokującego zdania, tylko podąży dalej - trudno rzec, że z nurtem, bo już jakby pod wiatr niejako. Nieważne.

Powód? Prosty. Inteligencja jednostek.

Ileż to cudów się naczytałem niedawno, choćby o rzekomych magicznych skutkach postawienia danych oddziałów na straży - jakoby chociażby inżynierowie mieli automatycznie reperować czerwonopaskowe budynki sojusznicze wokół, wraże zaś automatycznie przejmować i spieniężać.

Sprawdzone. Nie działa.

Poza tym drugi, zresztą właśnie przesądzający o zniechęceniu problem: niechęć wojsk do atakowania wrogich budynków (z dużą niechęcią potrafią wprawdzie ostrzelać wieżyczki ich zaczepiające - chwała im za to, alleluja). Na skromnej wielkości, praktycznie odciętą od surowców bazę wroga posłane zostały dosłownie legiony (proporcjonalnie) hołoty zmotoryzowanej (patrz infanteryjne oddziały pieszo - rakieteryjnie - scyborgizowane, wsparte cztero i trójkołowymi wózkami o odpowiednim uzbrojeniu liczącym się generalnie jako wsparcie). Baza przeciwnika? Skromna niezwykle. Ale - ba. W około sześć wieżyczek lekkich strażniczych wyposażona, plus zdecydowana motywacja do natychmiastowej odbudowy którejkolwiek z nich, jeśli tylko miałaby niefortunnie ugiąć się pod ostrzałem.Wobec automatycznego dowodzenia komputera, legiony tępych żołdaków wyposażonych jedynie w garść niedopracowanych skryptów obronno-zaczepnych padały, po prostu, plastycznie, pokosem.
To było bardziej niż żałosne.

Mógłbym wybaczyć tępe żniwiarki zjeżdżające do rafinerii na drugim końcu planszy. I pewnie wiele innych rzeczy, jeszcze. Ale nie tępoautystyczne wojska. Dość mi tego, dość już w Łorkrafcie drugim było (dwóch piechurów stoi kratka w kratkę obok siebie. Do jednego z boku podchodzi orku i zaczyna radośnie napierdzielać. Skutkiem pecha i gorszego uzbrojenia piechur ginie. Zadowolony i spełniony orku idzie dalej; kompan piechura dalej radośnie podziwia krajobraz. W jego idealnym świecie nic złego nie miało miejsca - najprawdopodobniej nawet trupa swego ziomka nie ujrzy na oczy, ten bowiem przed jego obrotem doszczętnie rozłożyć się zdąży (jak to miały w zwyczaju ciała z WC2)). Nie chcemy powtórki.

Ze złego jednak często dobro da się wyprowadzić; tak też i tym razem - uczucia moje do Anihilacji Totalnej umocniły się przynajmniej ^^. Ta, i może przy okazji tego skoku aktywizacyjnego dotworzę wreszcie jakiś opis jednostki kolejnej...
Z innej klasy kreatywności jednak, oto ujęcie z - w tamtej chwili jeszcze niedokończonej - fazy małego eksperymentu koszulkowego. Aktualnie znaczki na obydwu ramionach już są, tylko przód czeka potencjalnie na jakoweś wypełnienie...
Po głowie obija mi się też zaduma nad jakąś bardziej czaso-efektywną metodą wprowadzania takich zamysłów plastycznych w życie... To jednak raczej odleglejsze snucie.
Mała druga szansa dana Tyberiańskiemu Słońcu, z powodzeniem - mgła wojny możliwa do włączenia działa całkiem przyzwoicie, względnie normalnie/dobrze. Dotychczas był to dość spory argument przeciw temu dziełu... (Całość naturalnie z dogranym Fajerstormem - ergo jednostki zyskują doświadczenie w rozsądnym tempie, i... głupie dżi di aj ma swoją nową artylerię, da.)
Może powinno się toto doczekać jakiegoś większego kawałka miejsca tutaj. Póki co zostaje niecierpliwość, by przetestować całość z innym człowiekiem... Sumarycznie to kawałek porządnie taktycznej strategii, trudnej do porównania z (zabawnie chronologicznie późniejszym) Czerwonym Alarmem Drugim - o którego wadach i dysonansach było już tutaj niegdyś nieco.

Prosta motywacja, by przemigrować na IksPeka. Więcej szczegółów tutaj (niestety, anglojęzycznie).
Łooooo rany. Chyba minęło troszkę czasu od ostatniej okazji, kiedy zdarzyło mi się z takim bananem na twarzy wybuchającym raz-po-raz salwami śmiechu grać w jakąś grę. Wliczając, naturalnie, zwłaszcza te po multiplu - jako że naturalnie bardziej temu sprzyjają (przynajmniej zazwyczaj).

Krótko mówiąc - Dżi Ti Ej Tu po hamaku z Felippe. Ta gra swoją prostotą, klimatem, dynamiką i jajami po prostu morduje. Naprawdę niełatwo byłoby słowami oddać atmosferę rozgrywki. Oficjalna i zdecydowana rekomendacja do gry po sieci; praktycznie gwarancja dobrej zabawy. Oficjalnie darmowa i do ściągnięcia choćby stąd.

Z innej beczki zaś...
...muzycznego coś. O statusie retro już raczej, a przecież tak niedawno w kinie na tym byłem jeszcze... heh. Dobrego coś, w każdym razie. Jakoś wewnętrznie bliskiego, i dość często chodzącego mi po głowie mimowolnie.

Dziś dodany opis nowego kbota z TA na stronce samozwańczego sztabu... do której chyba nie szkodzi i tutaj dodać odnośnika. Rozwój jej nie przebiega może w sposób wymarzenie szybki, konsekwentnie jednak posuwa się w swoim rytmie do przodu. Projekt z gatunku tych, gdzie starszy materiał bywa umiarkowanie często przeglądany i poprawiany - ot, kosmetycznie często, czasem zaś w sposób nawet odrobinę bardziej widoczny.

I czas na momencik małej rewoltyzacji w tym momencie. Więcej być może niebawem.
W ramach małego dopełnienia spektrum, utwór z intra z WA. I jednak nadal nie jestem pewien, którą z tych dwóch tak naprawdę wolę - bo choć WWP miejscami bardziej dopieszczone jakby, to klimat armageddonowy wciąż jakoś bliższy, wraz ze swą estetyką.

Przy tym, w ramach technicznych ciekawostek: łatko-ulepszenia do WA coraz bardziej redukują dystans dzielący te dwie wersje, przy czym w niektórych możliwościach/opcjach technicznych to właśnie WA prowadzi (choćby z rozdzielczościami ekranu powyżej 1024x768). Tak bowiem, dla gry wydanej w 1999 roku nadal wydawane są oficjalne pacze (do prac nad którymi Team17 wyznaczył ponoć dwuosobowy zespół; ostatnia ich łatka ujrzała światło dzienne 28.07) - pomimo promowania oficjalnego następcy tegoż tytułu w postaci właśnie WWP (który w sumie ze wszech miar wygląda jak taki sobie skok na kasę - analizując podobieństwa do poprzednika łatwo można się zgodzić z dość często napotykanym zdaniem, że owe łorld parti powinno być po prostu paczem do WA i liczenie zań jak za autonomiczny produkt jest trochę nie fair wobec fanów serii).
Za namową innego znajomego kolejne podejście do Frispejsa dziś, w ramach skromnych aktywności polanowych. Zdecydowanie wdzięczny za to jestem - zabawy było sporo i na nowo uświadomiło mi to wartość zawartą w tym tytule. (Jedyny problem w bardziej zasadniczym ogarnięciu całej tej zawieruchy dziejącej się wokół statku... z czym dość bezpośredni związek ma lepsze opanowanie tamejszej rozległej cokolwiek klawiszologii i jakieś sensowniejsze uporządkowanie jej.)

Frispejsowego natężenia emocji nie wytrzymała jednak - uwaga - moja dwójkowa karta muzyczna. W pewnym momencie zamiast zwykłych dźwięków zaczęła wydawać z siebie zdawkowe ni to piski, ni bipnięcia czy pomruki... by po (średnio długiej) chwili zgasnąć zupełnie. W menedżerze urządzeń windy (98) widoczna jej pozycja, w praktyce jednak w formie nieskasowanego cienia po obiekcie co był, a go już nie ma. Restart bezskuteczny - na całej linii cisza, dla programów wykrywających osprzęt urządzenie to formalnie przestało istnieć.

Na pocieszenie jest jeszcze na owej dwójce karta muzyczna na płycie głównej - nie najniezawodniejsza, ale jest; ino sterowniki wgrać.
1. Jest Freeman's Mind 12 i 13!!

...no tak. Jeśli ktoś z was jakimś dziwnym trafem nie zna tej serii, to w skrócie: znasz Half-Lajfa? Te kreacje zatem to ni mniej, ni więcej, tylko właśnie ów ha-el przechodzony od początku (i oby do końca) i - co najważniejsze - wzbogacony o monologi wewnętrzne głównej postaci, czyli wszelkie dygresje, jakie wysoce neurotyczny mózg szanownego Gordona Freemana generuje przemierzając kolejne korytarze ściśle tajnych instalacji wojsko... hmm... naukowo-wojskowych, z priorytetowym pragnieniem jak najszybszego ich opuszczenia jakimkolwiek wyjściem, które nie byłoby kompletnie zaminowane lub pod intensywnym ostrzałem kawalerii powietrznej oddziałów... ratunkowych.

Tu zatem link do odcinka pierwszego, z którego da się łatwo nawigować przez całą resztę poprzez listę po prawej.

2. Tja. Jest parę rzeczy, które o miejsce w punkcie drugim pokłócić by się mogły, jak by tak lepiej spojrzeć.

Mhehehehehehe - właśnie jedną ścieżkę z WWP w jutubie sobie zapuściłem, i - przez otwarte okno - z pierwszymi kilkunastoma sekundami utworu świetnie zgrało się odległe trąbienie pociągu, idealnie pasujące w tonacji i klimacie. Ileż to perełek przydarza się cały czas, jeśli się tylko - właśnie, lepiej spojrzy...

Zatem niech będzie: numer dwa, to Ponowne Odkrycie Przeze Mnie Starych, Dobrych Robali. Nie bez zasługi Filipa akurat, który to zasugerował by - akurat w tym przypadku Worms: Armageddon - wziąć na multiplajerowy celownik hamakowy. I właśnie dzięki temu jednemu niedzielnemu wieczorowi gra, przy której spędziłem dość sporo czasu niegdyś samotnie, nabrała zupełnie nowego, świeżego i bardzo pozytywnego Blasku.

Grając samemu można, naturalnie, mieć przy tym tytule sporo frajdy - podejmując się kolejnych wyzwań, awansując w defmaczowych rangach, itd.... Komputerowy przeciwnik nie może się jednak, także i tutaj, w najmniejszym stopniu równać z żywym. Jest przewidywalny, to raz (dzięki czemu gry w najwyższej randze elite, podczas których na około 14 robaków wroga ma się dwa własne, wcale nie są tak trudne do wygrania); korzysta z bardzo ograniczonego wachlarza broni, to dwa. Plus jeszcze trochę podpunktów - naprodukowywać ich tutaj jednak nie ma chyba zbytniego sensu.

Grając we dwójkę również, w praktyce, bywać może różnie - przynajmniej w moim przypadku dość często odbywało się to na zasadzie pokazywania tej gry komuś średnio wtajemniczonemu, czytaj - nie nadającemu się w danej akurat chwili na sensowniejszego przeciwnika do pojedynku. Zdarzyło się kilkakroć zagrać i w trójkę, wtedy jednak albo ja byłem jeszcze zbyt słaby i duch rywalizacji we mnie zbyt nikły (sięgając pamięcią do jednej potyczki z kumplem i bratem starszym tegoż kumpla - graliśmy wtedy w jedynkę jeszcze, i było to... ho-ho, chyba około roku '97...), albo generalnie motywacja pozostałych graczy do grania akurat w robale była cokolwiek średnia (w tym przypadku już część druga, około roku 2003/4, jak sądzę, i z inną ekipą zupełnie).

Więc, tak na serio, moja pierwsza poważniejsza rozgrywka miała miejsce, pomimu upływu tylu lat, dopiero... przedwczoraj.
I było to, po prostu, coś świetnego. (Streszczając przebieg - remis 1:1; dwie pierwsze rundy to wygrana raz moja, raz Filipa, wynikiem trzeciej zaś remis.)

Trochę osobliwie porównując...

W Totalnej Anihilacji mamy wojnę. Cała masa opcji, spore pole bitwy do objęcia uwagą, od groma okazji do popełnienia błędu, zapomnienia się, nienadążenia, zaskoczenia przeciwnika, zabłyśnięcia ekonomią, oryginalnym zagraniem, atakiem z kilku stron naraz, postawieniem ciężkiej artylerii z eskortą zakłócacza radaru tuż pod bazą wroga, itd, itp., (...).
I w żadnym razie nie mówię, że mi to mniej pasuje. Nadal jestem zdecydowanym i wiernym fanem TA i nadal plasowałoby się ono w ścisłych okolicach szczytu listy... gdybym takową miał.

Robaki po prostu
bardziej przypominają szachy.

Tu pole bitwy jest relatywnie małe i skompresowane - za jednym rzutem oka widzi się kto gdzie dokładnie jest, wszystko ma się jak na dłoni. Wszystko jest bardziej w skali mikro. Wszystko jest też mniej schematyczne, trzeba co sił kombinować: jaki ruch będzie najlepszy, jak najbardziej zaszkodzić robalom wroga jak najmniej wystawiając się przy tym na strzał... Dużo intensywniej czuje się samą rywalizację, samą istotę meczu.

No i same robale są jakoś dużo bliższe, z całą swoją naturalną pozytywnością. Od całości bije po prostu subtelne, kameralne ciepło.

Tak, i teraz wplata się samorzutnie w fabułę punkt trzeci - czyli kwestia senności aktualnej, jak i podobnych właśnie warunków biometeo w ostatnich dniach. To jednakowoż punkt mało kreatywny i raczej z serii nawijaniaopogodzie, w tym miejscu zatem jego koniec. Przed dopisaniem ce-de-enu na końcu wróćmy na chwilę jeszcze do dwójki, gdzie czeka drobna...

...kwestia techniczna -

- czyli która wersja robali? Jak wcześniej bowiem napisałem, z Filipem zaczęliśmy od zasugerowanego przez niego Armageddonu, do dyspozycji zaś - w chronologiczności - czysta dwójka, ów A., i World Party... i, w skrócie, właśnie do tegoż ostatniego tytułu mam zamiar mego znajomego aktualnie przekonać. Nie czas tu akurat i miejsce na szczegółowe porównywanie tych trzech cokolwiek podobnych do siebie części. Grunt w tym, że ta ostatnia jest - logicznie rozumując i faktycznie patrząc - generalnie najbardziej dopracowana i z największymi możliwościami (może oprócz edytora broni, który to unikatowo rozbudowany tylko w czystej dwójce był). Z tejże części również wejściówka na koniec:

Scorch - wersja całkiem przyzwoicie wierna oryginałowi. I grywalna po sieci: wystarczy wybrać na stronie głównej, po lewej, odpowiednią rozdzielczość (zalecana 1024x768, rzadko kto bowiem ma aktualnie mniejszą ustawioną na swoim monitorze, a żadnego spowolnienia przy większym wymiarze się tu w praktyce nie czuje), wpisać swój pseudonim (w razie "niku tymczasowego" - kliknąć na [guest], można też swój identyfikator zarejestrować - prosto i szybko, nawet bez konieczności jakiejś weryfikacji pocztowej).

W trzecim polu [game password] należy wpisać hasło gry, do której się dołącza - jeśli żadna o takim haśle nie istnieje, to spowoduje to założenie nowego pokoju z takim właśnie hasłem. Do takich zahaślonych gier trzeba się, naturalnie, za pomocą medium jakiegoś jakoś umówić.

Jeśli zaś pole [game password] pozostawi się puste, to albo dołączy się do założonego przez kogoś otwartego pokoju, albo - jeśli w danym momencie żaden taki bezhasłowy pokój nie funkcjonuje - spowoduje to założenie go, mianując automatycznie osobę zakładającą jego gospodarzem.

W praktyce, graczy nie ma aktualnie na serwerze tak wielu, by zakładanie pokoi z hasłem było potrzebne - zazwyczaj w końcu chce się zebrać raczej większą, niż mniejszą, drużynę i jak dołączy się ktoś oprócz ludzi umówionych, to tylko jeszcze więcej zabawy i radochy jest dzięki temu.

W razie czego można również grać przeciwko komputerowi (z lub bez innych graczy); jedyny dobry argument jednak, jaki by mi się nasuwał na myśl, za graniem wyłącznie przeciwko komputerowym botom, to zapoznanie się z obsługą gry i broniami.

Jeśli więc pasuje ci taka rozrywka w klimacie retro, to pozostaje serdecznie zaprosić. Jest to gra, która może być miłym przerywnikiem lub tłem dla innych czynności; może też, jednak, całkiem skutecznie wciągnąć na dłużej. A, właśnie, zapomniałbym - podczas walki (która jest, naturalnie, turowa i bez limitu czasowego) można w bardzo łatwy sposób rozmawiać z innymi jej uczestnikami. Pod tym względem może takowa rozgrywka służyć również za czat - którego jedyną wadą może być to, że wypowiedzi po chwili znikają (kto wie jednak, dla kogoś może to być zaleta - rozmowa nabiera większej dynamiki i naturalności, bez żadnego archiwum).

Carmageddon - mała galeria obrazów zebranych;
kliknij "czytaj dalej", by rozwinąć...