Pokazywanie postów oznaczonych etykietą parafilozoficznie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą parafilozoficznie. Pokaż wszystkie posty

7


Gdy największa tragedia dokonuje się przez chęć czynienia jak najlepiej, jeszcze skuteczniej napełnia jej widok smutkiem, rozpaczą wręcz. Niemiłosierna przekorność, skłonna wybić się także w tym serialu jako najdogłębniej przejmujący motyw.

Czyż nie odwiecznie człowieczy to problem jednak - że każdy, lub prawie każdy z nas jakąś intuicję dobra posiada i, we wszystkich swych postępowaniach, jednak właśnie do jakiegoś dobra stara się dążyć. Czy zaś prawdziwie wartość swego celu ocenia i czy dobrą ścieżkę i środki dobiera, tam pole do wszelkich porażek i niedostatków pomysłowości. Pierwotnie jednak powołanie to, ku Światłu, pozostaje przecież - czasem tylko coraz głębiej zagrzebane pod gęstwiną złych kroków i źle dobranych słów, czasem niewidoczne prawie już...

retrospektyw kolejny

hm. Ciekawie odkrywcze może być przejrzenie swych własnych wypowiedzi, jak choćby z jakiegoś zarchiwizowanego czatu, sprzed przynajmniej kilku lat. Przynajmniej kilku, by być już nieco mniej związanym z byłym sobą i móc nieco obiektywniej na te słowa z przeszłości spojrzeć.

Potrafi toto pokazać, jak cholernie kłamliwa jest nasza pamięć różnych wydarzeń i tego, jak się dokładnie zachowywaliśmy - jako że samego siebie widzi się poniekąd najtrudniej, z całym szeregiem przeszkód: subtelnych kolorowych filtrów, ograniczających możliwą samokrytyczność. Jak to, przecież moje własne wypowiedzi były z pewnością mądre i mądrze skomponowane, jasno wykazujące wyższość nad myślami drugiej osoby.

To dość niesamowite uczucie - stać się tego wszystkiego świadomym i, poprzez to, dostrzec ten niezwykły świat wokół przynajmniej odrobinę głębiej. Byleby tylko zbytnio nie przygnębić się tym, jak głupim się niegdyś było (i najprawdopodobniej nadal jest, ino okruszynkę mniej).


Ospałość, przedziwnie magnetyczna. Tak po linii astronomicznej, jak to po - nadal chyba hipotetycznym - Wielkim Wybuchu i ruchowym zatrzęsieniu przezeń wywołanym, wszystko stopniowo i naturalnie, umiarkowanie niepostrzeżenie...

...to już trzy przysłówki. Cztery, jeśli by podliczać sztywniej...

...niepostrzeżenie wytraca swą prędkość, zdążając do spoczynku.

Znowu żeś się zielonej napił, że w tak niesłychany galop myślowy tak nagle popadłeś? Pora zatańczyć, pora wyrobić normę?

Faktycznie - nie mogę sam się oszukiwać; tak właśnie było, przez: jest. W mej filiżance właśnie ten napój. I prawdziwie gorszące to wręcz i irytujące, żebym potrzebował czegoś tak banalnego do ruszenia swego mózgu; jakbym był bardziej jeszcze miażdżąco uwarunkowany niż bym tego chciał, bądź raczej - spodziewał się dotąd. Czyżbym nie miał wpływu; nie umiał sam w sobie, intencją, tej iskry wykrzesać, co do zapłonu potrzebna? To jeszcze bardziej do tej myśli głównej przynależy, jednak drobnostka to tak dotkliwa, tak... bezpośrednia... W powiązaniu z wykładem tym, co filozoficznie na oporze ludzkim się skupiał...

...na którym to...

...tak, nie uważałem dość, jak pokazuje niedosyt tej chwili bieżącej. Do nadrobienia to, i to pilnego. Lub wcale - bym się o swoją przekorność nie rozbił, znów; tfu tfu.

Temat to stary jednak, dla wielu chyba intuicyjny też dość. Cokolwiek nowego dostrzegłeś, świeżego? Rozwojowi wygoda chyba nigdy nie służyła, zawsze skoro tylko komfortowo się zrobi, stworzenie ma tendencję to zatapiania się w komfortności tejże - ba, jakże dosłownie!
I żeby to choć pozytywność niosło, zysk jakiś - jednak właśnie, jeśli pozostawić to samorzutności, to bardziej z letargiem skojarzenie przychodzi, którego złe strony przeważają nad dobrymi, coraz to bardziej, jak czas naprzód idzie: gdy narzędzie, jak z tych wielu z ekranem, przestaje ulepszać, a zaczyna usypiać.

...właśnie tak moje myśli płynęły, faktycznie. Z zahaczeniem o rutynowość jeszcze: ten subtelnie wredny mechanizm człowieczy - choć w sumie nie tylko nasz, pewnie - co niby w zamiarze służebny, w praktyce zaś tak brutalnie percepcję okrajający... Może i on jednak ma w sobie też głębszy sens: idyllicznie sprzyja jednostce ambitnie oddanej poszukiwaniu najwyższego dobra, ,,usłużnie" usuwając z drogi wszelkie postrzeżenia, co by mogły od celu tego odwrócić uwagę. Jednak czyż pośród tych przyciemnianych postrzeżeń, tych skromnych dobrostek, nie zawierają się może i tropo-wskazówki do tejże Najwyższości, której upragnienie w naturę tegoż poszukiwacza wkodowane?

- Byłby to stan rzeczy dosyć niemiły: cel określony mieć zaszczepiony, a narzędzia trefne. Optymistyczny racjonalista zasugerowałby chyba, że błąd gdzieś w dumaniu; że to z osprzętu przez naturę danego wynika właśnie ów cel optymalny, najwyższy; że w niezgodzie one wręcz istnieć nie mogłyby, te rzeczy dwie.

...Narzędzia bowiem być może niskiego rzędu, wyewoluowane pokrętną ścieżką - zawsze odpowiednio do danej chwili, by ułatwić przetrwanie gatunku dalsze; pośród tych narzędzi zaś być może rozumność kwalifikowałaby się jako takie narzędzie specyficzne, z nieprzewidzianymi skutkami ubocznymi: dalej sprzyjające bezpośrednio przetrwaniu i odpowiedniemu dostosowaniu do tego celu bieżącego otoczenia, jednak otwierając również - niezamierzenie - cały wymiar z-pragmatycznego-punktu-widzenia niepraktycznej myśli, której natura każe jej oddalać się coraz to bardziej od codziennej, zwierzologicznej zaradności wobec doraźnych sytuacji, nakazując błędny rozrost w bujne metafizyczności, renegackie wobec owej przyziemnej naturalności - wcale być może nie patogenne, być może wręcz niespodzianie geniuszu sięgające, geniuszu celowości wykraczającego ponad zwykłą ewolucyjną naturowość.

Zabawnie tragicznym czyniłoby to człowieka: skazanego niniejszym na nierówną walkę ze swą własną naturą - w imię objawionej owym nieprzewidzianym przez ewolucję geniuszem Wartości - jeszcze bardziej, niż dotychczas. Pachnie to jednak - tak jakby - jednym z tych stanowisk, które duży udział wiary w sobie odnotowują... i luźnej, nie wnioskowo-intuicyjnej kreatywności.

Tak, istotnie...

Jak dla mnie - godne uwagi jest takie podejście poznawcze, w którym dociekliwość podmiotu poznającego nigdy do końca nie ustaje (opcjonalnie wyłączając kwestie niepowątpiewalne - których jednak, gdy się lepiej przyjrzeć, jest bardzo niewiele) i zachowana jest w związku z tym pewna niezbędna do tego otwartość umysłu.
Mnogość ludzi zaś - czy to z lenistwa, czy z chęci poczucia się ,,w grupie" - szuka jakby tylko pasującej im opinii, najlepiej gotowej już; ewentualnie ,,trendowo" ją zmieniając i dobarwiając własnymi emocjami (podanymi wcześniej w przystępnej formie, gdzie indziej).

Można w refleksję popaść: jak wyglądałby świat zapełniony ludźmi myślącymi relatywnie ambitniej.


Nic nowego to; inspirowane wręcz niegdyś zasłyszanymi naukami Mariana Grabowskiego (wykładowcy UMK) - jednak czytając komentarze do ostatnich wydarzeń Osamowych intuicyjnie się w taką całość złożyło.
Zabawnie jest czasem uświadomić sobie swój słaby punkt.

Podobnie trochę, jak gdy po najsłoneczniejszym dniu niespodziewanie przychodzi zimny wicher, wraz z nim zaś odległe dudnienie zbliżającej się burzy.

Przedziwnie zmienny potrafi być czas.

~

dla mądrych oczu jednak czerń nocnej burzy zwiastunem zaledwie nieba piękniejszego

Tak sobie myślałem wieczorowo o co chodzi w tym wszystkim i tak dalej... póki jeszcze nie zrobiło mi się wystarczająco zimno by zmusić mnie do powrotu do domu z wypadu ze śmieciami. Wielce filozoficznego, znaczy się. I tako, w obliczu braku konkretnej owocności tychże przemyśleń, wróciłem do pokoju, półbezwładnościowo odpaliłem mego półstacjonarnego niepółlaptopa, i... w sumie nic wielkiego, tylko ten mały filmik czekający w subskrypcjach na jutubie. Nie, by jakoś rozstrzygał całe zagadnienie... ale tak się ciekawie wpasował w klimat.

Tym razem wyciąg z jednej spontanicznie
rozrosłej korespondencji dzisiejszej:

Ja swojej głowy zdecydowanie tak nie ,,półeczkuję"; bardziej przypominałoby to raczej przelokowywanie różnych rzeczy w jakiejś bezgrawitacyjnej, statycznej przestrzeni...

...lubię też jakoś metafory marynistyczne, z personifikacją siebie jako jakiegoś okrętu żaglowego, np.

Całkiem spory potencjał ma takie założenie i da się weń sporo wplastycznić.

Zaś inspiracje... tak, zewsząd mnie otaczają; jeśli jednak duch mój jest rozbity i w letargu, to nikły pożytek potrafi z nich wyciągnąć. Mam garść wizji które pragnę spełnić - bądź przynajmniej spróbować to uczynić - jednak bez pewnej samodyscypliny i rygoru wobec niekorzystnych przyzwyczajeń może mi się to nie udać (a przynajmniej tak jasno wskazywałoby doświadczenie).

Duch ludzki w stanie bezwładności dryfuje raczej w kierunku oszczędzania energii i bezruchu - jak praktycznie cała natura zresztą, co już wśród zwierząt widać: jeśli tylko drapieżny kot odpowiednio zaspokoi sobie swoje podstawowe żywieniowo-popędowe potrzeby, potrafi cały niemalże dzień przekimać spokojnie w słońcu. Lub w cieniu, zależnie od sytuacji i upodobań.

Nie wiem, czy jest to w jakiś sposób zbieżne bądź bliskie przynajmniej Obiektywnemu Sensowi Istnienia (jesli takowy istnieje/istniałby/istnieć może), jednakże osobiście intuicyjnie postrzegam za coś wartego dążenia mego właśnie pewien Opór wobec statyczności i marazmiczności, wobec ekonomicznie-poprawnej oszczędności energetycznej.

To jednak, samo w sobie, nie byłoby również zbyt rewolucyjne - bowiem inną dominującą siłą w znanym nam świecie, prócz tej pragnącej możliwie przyjemnego spoczynku, jest (przynajmniej zdaniem sporej garstki myślicielów samozwańczych) przekorność właśnie - pod którą mój ach-jakże-szlachetny-itakdalej opór możnaby podpisać.

...i generalnie jestem przekorny - zabawne, być może to moja najcharakterystyczniejsza cecha nawet.

Biorąc zaś pod uwagę moją chyba głęboką dość potrzebę manifestowania swej względnie świadomej wolności - nie chciałbym i w tym wypadku być jedynie przewidywalnym zjawiskiem.

Tak, to kolejna rzecz, co mnie jakoś odruchowo kręci - nieprzewidywalność. To jednak zupełnie jasne i oczywiste, skoro w swej istocie możnaby sprowadzić to do prosto-solidnego argumentu potwierdzającego moją wolność (lub wnet Wolność, zważając na to, jak ten na wpół-uchwytny fenomen ważny wydaje się dla równowagi psychicznej jednostki ludzkiej).

Plus: czujny i przytomny umysł potrafi całą zasobność inspiracji już w samym sobie nawet znaleźć - zwłaszcza, gdy wysili się nieco bardziej/finezyjniej wyobraźniowo. To też taki jeden z mych nieco-zaniedbywanych priorytetów: by swoją w-miarę-szeroko pojętą wyobraźnię w przyzwoitej kondycji utrzymywać. Odruchowo zaś człowiek potrafi nawet wobec czegoś takiego zabawną leniwość przejawiać... czego skutki chyba nazbyt niestety powszechnie można czasem u tej starszej, :bardziej dorosłej: części populacji dostrzec.

Tak, utrzymywać umysł w możliwie najlepszej kondycji... skutkiem zaś aktualnego dość silnego związania ducha/świadomości z daną nam cielesną powłoką i jej natarczywego narzucania się, dobrze też i o nią starać się zadbać - skutki takiej aktywności bowiem w dość udokumentowany sposób pozytywne są - już seria przysiadów prostych wszak potrafi, ożywiając przepływ krwi w ciele, rozjaśnić myśli i przywrócić czujność ducha. Aktualnie, po parotygodniowym chorowaniu, chyba tego mi zresztą najbardziej brak... W pewien sposób skrajna małoruchliwość chorobowa jednak przyczyniła się do kolejnych spostrzeżeń na ten temat, i tako - do rozsądnej motywacji większej. I to zatem miało swe całkiem sensowne miejsce i raison d'etre. Znowuż zabawnie całkiem.

Przekornie wręcz.
Z całą swą dopiekliwością, wrednością i bagażem wad... Niektóre rzeczy czynią jednak ten świat - na przekór wszystkiemu, jak chciałoby się rzec - miejscem urokliwie przytulnym. I...


I żal byłoby niektóre z nich musieć zostawić. Ba, gdyby tylko baczniej rzeczywistość spojrzeniem ogarnąć, tym więcej wciąż takich uroków drobnych, pereł maleńkich wokół... Nawet pośród chłodu dnia, betonowej szarości i pokładów zimniejszej jeszcze stali, ciągnących się po horyzont; wszystko potrafi nagle tak koloru nabrać - który tkwił tam przecież i wcześniej, tylko oko uśpione nań spoglądało.

Czy dobrze zatem nawet do tego, co przepiękne, przywiązywać się - skoro tym większy ból gotuje sobie ktoś taki na nieuniknionego rozstania moment? Chyba tylko z wiarą, że na chwilę to tylko - z uśmiechem na ustach: że na drugim brzegu spotkamy się; że wszystko, co teraz, wątłym ledwie cieniem tego, co przed nami.
Kogo jak kogo przecież, Gandalfa jednak o kłamstwo podejrzewać wręcz nie wypada, heheh.
Wielce wkurzające w samorzutnie włączającym się trybie oceniania innych jest to, że jego zasadniczym i elementarnym celem jest wytworzenie poczucia lepszości u jednostki oceniającej.

Banalna i odgłębinowa potrzeba poczucia się lepszym o priorytecie tak znacznym, że dopuszczającym pomijanie, wytłumianie i przerysowywanie względnie obiektywnych faktów. Rutynowo odwołująca się do mechanizmów odpowiednio szerokiego ograniczania trzeźwego/przytomnego myślenia i mechanizmów perceptualno-analitycznych.

Czy naprawdę sensem bycia obok mnie drugiego człowieka ma być to, bym mógł prymitywnie poczuć się od niego lepszy?
Przydatnie, określone zasady mieć - tak wobec siebie, jak i innych; zdecydowanie stroniąc od naruszania ich zwłaszcza, gdy skutkiem zajść jakichś narośnie w człowieku chęć zemsty jakowejś, czy odwetu.

A bywa niełatwo z tym. Wobec otwartej kłamliwości czy nieskrępowanej obmowy, wobec - mówiąc krótko - napotkania zgoła innego zestawu zasad u innego człowieka, zwłaszcza.

Masz jednak umysł, rozum. Możesz być czymś więcej, niż tylko przewidywalnie reagującym automatem emocjonalnym. Włącz zwoje swoje zatem i na ścieżkę Świadomości czym prędzej wejdź; nie muszą specjalnie obchodzić cię inni: ty wymagać od siebie masz. Odnajdź na nowo radość Uczenia Się i Wyciągania Wniosków; radość Postępu wyrastającego z Konsekwencji. Już czas; zdecydowanie najwyższy czas.

Autora Freeman's Mind; miejscami troszkę bardziej wymagające językowo (choć ten akurat odcinek nieco mniej). Link do oficjalnej strony serii tutaj.
Już dziś! wstąp do grona Spontanicznych Plugawicieli i Bezczeszczenie rzeczywistości wokół rozpocznij! Czasu mniej coraz - nie decyzja to, którą ot-tak odkładać na później można bezkarnie. Misja szerzenia Srogosławionej Dysharmonii stanowczo domaga się twej Natychmiastowej i Pełnej Partycypacji - przebudź się, dziecię Mroku! Już czas!!
[muzyka poniżej to utwór "Show Me What Passes For Music Among Your Misbegotten Kind" ze ścieżki dźwiękowej Dawn Of War II]
Świetny wieczór. Niezwykły. Proste uczucie szczęścia pewnego, w ramach zazębiania się rzeczywistości i wizji marzeniowych - w zakresie śmiesznie skromnym, ale akurat do moich wymagań dopasowanym. Coś jak z błękitnym niebem - tylko mi czasem potrzeba jeszcze mniej, jakby. Choć, czy to mniej, czy więcej zali, to by pewnie dyskutować można było.
Czasem mało to dużo, a dużo tylko pozornie liczne i duże tak.
Czy może częściej, niż czasem.
Ajtam, detal. Nieistotny przy tej magiczności chwili teraźniejszej-szej-szej. Wielkość tej chwili nie rozdrabnia się na takie detale; w ogóle wręcz nierozdrabnialna jest. Taka chwila może tylko ujść percepcji: wymknąć się człowiekowi, niczym nieszczęśliwie zapomniany skarb.
Tym nieszczęśliwiej, że często nieświadomie zupełnie - trudniej wszak odnaleźć coś, czego utraty jest się nieświadomym.
A nie mówiłem, że się rozczarujesz. Który to już raz tak samo... W tobie jest odpowiedź i to tam pomoc ukryta. Tylko weźże się wreszcie za trzeźwiejsze myślenie, a nie idziesz na autopilocie i się obijasz o cokolwiek, co się tylko nawinie. Nie tak, nie tak... Skoro ja daję radę, to ty też możesz, nawet mając na uwadze wszystkie drobne różnice. Więc już - raz, raz; zbierasz się i kroczysz naprzód. I włącz wreszcie to pieprzone myślenie. Trochę szczęście dopisze, to jeszcze coś z ciebie będzie...
Zaskakująca czasem jest ta ociężałość w wyciąganiu konkretniejszych konkluzji z błędów i przejść. Jakby była w środku świadomość czegoś, zepchnięta jednak i umyślnie zagłuszona. Zupełnie nieracjonalnie. Po ludzku, tak.

Przedziwnie wypaczona bywa (jest) ludzka natura.

Z którą da się jednak co nieco zrobić. Jeśli się tylko chce...
Just believe in yourself - and everything will be at hand.
Simple kredu en vin - kaj cxio estos je etendo de mano.
Uwierz w siebie - a wszystko będzie na wyciągnięcie ręki.